W tle polskiej polityki wobec BSP od dawna widać jedno założenie: państwo chciało widzieć cały ruch dronów i nad nim zapanować. Nie punktowo, nie proporcjonalnie, lecz możliwie „totalnie” — najlepiej w czasie rzeczywistym, najlepiej w jednym systemie, najlepiej z możliwością szybkiej reakcji.
Tyle że to założenie zderza się z dwiema rzeczami:
-
z logiką regulacji UE, i
-
z praktyką operacji BSP, gdzie nie każdy lot ma sens zgłaszać, a kontrola „od ręki” bywa po prostu nie do zrobienia (albo robi więcej szkody niż pożytku).
1. Co tak naprawdę zakłada prawo UE
Rozporządzenie Komisji (UE) 2019/947 nie buduje świata, w którym każdy lot drona jest „na zgodę” albo „na zgłoszenie”. Wręcz przeciwnie: w kategorii otwartej punkt wyjścia jest jasny — loty są dozwolone z mocy prawa, jeżeli spełniasz warunki.
Wprost wynika to z:
-
art. 3 lit. a: operacje w kategorii „otwartej” nie wymagają uprzedniego zezwolenia ani oświadczenia,
-
art. 4: określa warunki, po spełnieniu których operacja mieści się w „otwartej”.
UE daje państwom narzędzie do ograniczeń, ale jako wyjątek:
-
art. 15 ust. 1–2: państwa członkowskie mogą wyznaczać strefy geograficzne (zakaz/warunki/zezwolenie) w określonych celach, w tym na podstawie oceny ryzyka,
-
art. 2 pkt 4: strefa to część przestrzeni powietrznej wyznaczona przez właściwy organ.
I jeszcze jedno — „cyfra” w UE nie jest prawem, tylko informacją:
-
art. 15 ust. 3: jeżeli państwo wyznacza strefy, to ma zapewnić, że informacja o nich będzie publiczna w unikalnym formacie cyfrowym.
Czyli logika jest taka:
prawo → strefa (wyjątek) → publikacja cyfrowa.
Nie odwrotnie.
2. Polski „gold-plating”: dorabiamy kontrolę, której UE nie wymaga
W Polsce do unijnych ram dołożono warstwę kontroli, której UE nie narzuciła. To klasyczny gold-plating: formalnie wdrażamy UE, ale krajowo dokładamy mechanizmy „na wszelki wypadek”.
Efekt jest taki, że w praktyce:
-
dostęp do przestrzeni dla BSP bywa traktowany jak coś, co się „odblokowuje w systemie”,
-
a nie jak wolność wynikająca z normy prawnej.
Tu dochodzimy do krajowego fundamentu, który został po drodze „przestawiony”. Art. 119 Prawa lotniczego mówi o tym, że przestrzeń powietrzna jest dostępna na równych prawach. W klasycznej, praktycznej interpretacji lotniczej oznacza to prostą zasadę: latasz, chyba że istnieje konkretne ograniczenie.
Dla lotnictwa załogowego ta logika jest czytelna: zakaz/ograniczenie musi mieć podstawę i formę, a pilot działa w modelu „wolność + wyjątki”. Natomiast dla BSP do art. 119 dołożono konstrukcję, która w praktyce robi coś odwrotnego: punktem wyjścia przestaje być wolność, a zaczyna być system kontroli. Operator nie pyta „czy jest zakaz?”, tylko „czy system mi pozwala?”. I w tym sensie równość z art. 119 staje się deklaracją, bo realny dostęp do przestrzeni nie wynika z normy, tylko z tego, jak ktoś odwzorował ją w cyfrowej mapie.
To jest sedno: nie spór o to, czy strefy mogą istnieć, tylko o to, że odwrócono punkt startowy — z wolności na reglamentację.
3. Strefy: „właściwy organ” to nie system i nie PAŻP
Prawo UE mówi wprost: strefę wyznacza właściwy organ (art. 2 pkt 4). To oznacza, że:
-
musi istnieć kompetencja ustawowa,
-
muszą być kryteria,
-
musi być tryb/procedura,
-
musi być forma aktu (jak to się „ustanawia”),
-
i musi być kontrola (w tym możliwość zakwestionowania).
PAŻP nie ma uprawnień prawotwórczych.
Może wykonywać zadania operacyjne, informacyjne, techniczne.
Ale nie może „ustanawiać prawa” mapą.
Owszem, ustawa może dać PAŻP pewne kompetencje. Tyle że wtedy musi je opisać tak, żeby nie powstał system uznaniowości: „ktoś gdzieś klika i zmienia dostępność przestrzeni bez jasnych reguł”.
Jeżeli procedur nie ma albo nie są ujawniane, to użytkownik przestrzeni nie wie:
-
kto realnie decyduje,
-
dlaczego decyduje,
-
jak decyduje,
-
i jak to podważyć.
Wtedy powstaje wrażenie, że „prawo zdjęto dronom”, a została tylko mapa.
Urzędnicy sami zastawili na siebie pułapkę. W art. 156b wyłączyli procedury koordynacji, ale zapomnieli wyłączyć art. 121 ust. 5, który nakazuje konstytutywne ustanawianie struktur przestrzeni. W efekcie PAŻP 'wyznacza' strefy w aplikacji (art. 156h) w próżni prawnej – bez wymaganych decyzji konstytutywnych. Skoro zakaz nie został legalnie ustanowiony, to nie istnieje w obrocie prawnym. To oznacza, że cały system karania z art. 212 Prawa lotniczego został właśnie wysadzony w powietrze przez samą Agencję: nie można naruszyć zakazu, który prawnie nigdy nie powstał, a jest jedynie pikselem na mapie.
4. Wojna w Ukrainie jako uzasadnienie „widzieć wszystko”
W debacie przewija się argument: „wojna w Ukrainie, zagrożenie, coś co jest niezgłoszone może być obcym dronem”.
To brzmi dobrze jako hasło, ale jako polityka publiczna ma poważny problem:
-
cywilny system zgłoszeń nie wykrywa wrogich BSP,
-
a próba totalnej kontroli cywilnego rynku prowadzi do jednego: zniechęcenia do legalności.
Kiedy operator widzi, że system jest nieproporcjonalny, a konsekwencje bywają nieprzewidywalne, uczy się prostego mechanizmu obronnego: lepiej być niewidocznym.
Wymóg zgłaszania lotów cywilnych przez system teleinformatyczny w żaden sposób nie poprawia bezpieczeństwa państwa wobec wrogich BSP, które z definicji nie będą się w nim rejestrować. Służy jedynie do inwigilacji własnych obywateli i tworzenia złudnego poczucia kontroli u urzędników.
I tu dochodzimy do sedna.
5. Skutek: duża część lotów jest niezgłaszana — i to nie jest przypadek
W praktyce bardzo duża część lotów BSP jest niezgłaszana.
Nie dlatego, że wszyscy chcą łamać prawo. Tylko dlatego, że:
-
nie zawsze jest możliwość zgłoszenia,
-
nie zawsze jest sens zgłoszenia,
-
są miejsca bez ograniczeń, gdzie zgłoszenie staje się biurokracją dla biurokracji,
-
a tworzenie ograniczeń „od zaraz”, bo „system umożliwia”, działa jak ręczny hamulec na rynku.
Do tego dochodzi jeszcze bardziej toksyczny sygnał: sygnalizowane były przypadki, w których osoby zgłaszające loty były później „branych na celownik” przez służby — nie za lot zgłoszony, tylko za inne loty uznane za niezgłoszone.
To jest podręcznikowy efekt mrożący.
System, który miał promować legalność, zniechęca do legalności.
6. CoTuLata: od zgłoszeń do kultury podejrzeń
Na tym tle pojawia się państwowa aplikacja/strona CoTuLata:
👉 https://cotulata.pl
Oficjalnie: narzędzie dla obywateli do zgłaszania dronów i „innych obiektów latających”.
Samo istnienie kanału zgłoszeń nie musi być złe. Problem zaczyna się wtedy, gdy:
-
państwo buduje model, w którym społeczna czujność ma zastąpić brak przejrzystych procedur,
-
a „zgłoszenie od obywatela” staje się substytutem sensownego systemu regulacyjnego.
Ludzie nazwali to dosadnie „pod@#$%^ drona” — i to mówi więcej niż tysiąc konferencji prasowych.
Co gorsza: gdy zapytałem urzędowo i na piśmie, jaki problem miała rozwiązać ta aplikacja, padła odpowiedź w stylu:
cele, motywacje i wyjaśnienia nie stanowią informacji publicznej.
Czyli:
-
możesz zgłaszać,
-
możesz raportować,
-
ale nie wolno pytać, po co to powstało.
Publiczne pieniądze.
Państwowa aplikacja.
Cel: „to nie jest informacja publiczna”.
To nie buduje zaufania. To buduje podejrzenie.
7. O co w tym wszystkim chodzi naprawdę
To nie jest tekst przeciwko bezpieczeństwu.
To jest tekst przeciwko odwróceniu logiki prawa.
UE zakłada:
wolność + warunki + wyjątki proporcjonalne.
U nas zbyt często wygląda to tak:
wyjściowo ograniczenie + mapa + odblokowywanie.
Jeżeli państwo chce mieć mniej lotów „poza systemem”, musi zrobić coś odwrotnego niż dotąd:
-
przywrócić zasadę: latasz tam, gdzie nie ma ograniczeń,
-
ograniczenia tworzyć wyjątkowo, w oparciu o jasne kryteria i procedury,
-
i przestać udawać, że „cyfra” jest źródłem prawa.
Bo lotnictwo — także bezzałogowe — rozwija się w przestrzeni, w której prawo jest przewidywalne, a nie w przestrzeni, w której trzeba się domyślać, czy dziś „krasnoludki w systemie” czegoś nie kliknęły.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz