W Polsce lubimy rozmawiać o obronności tak, jakby składała się wyłącznie z dwóch rzeczy: żołnierzy i sprzętu wojskowego. A tymczasem w tle jest trzecia warstwa, dużo bardziej przyziemna, ale często kluczowa: nieruchomości i infrastruktura.
I nie chodzi o „teorie spiskowe” ani o sytuacje z filmów. Prawo od dawna przewiduje, że w określonych warunkach państwo może czasowo korzystać z cudzych nieruchomości na potrzeby wojska.
To jest wprost w przepisach
Ustawa o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych RP (ta z 22 czerwca 1995 r.) przewiduje w art. 62 i następnych, że nieruchomości należące do osób fizycznych i prawnych mogą zostać wykorzystane m.in. do:
czasowego rozmieszczenia jednostek,
zakwaterowania żołnierzy i pracowników wojska (oraz osób towarzyszących),
magazynowania i przechowywania sprzętu, uzbrojenia i środków materiałowych.
Nie jest to przepis „na papierze”. To element systemu, który ma działać wtedy, kiedy państwo uzna, że potrzebuje zaplecza.
W skrócie: państwo samo zakłada, że prywatna infrastruktura może być częścią jego odporności.
No dobrze, a co to ma wspólnego z lądowiskami?
Właśnie to, że lądowisko to w praktyce nieruchomość z gotową funkcją operacyjną. Nie „teren” i nie „pomysł”. Konkretne miejsce, które ma:
możliwość przyjęcia statków powietrznych,
zaplecze (choćby minimalne),
dojazd i logistykę,
często także magazyn/wiatę/hangar, media, ogrodzenie, ochronę.
W sytuacji kryzysu to jest złoto. Takiej infrastruktury nie buduje się z dnia na dzień. A państwo – jeśli myśli kategoriami odporności – powinno być zainteresowane tym, żeby takie miejsca istniały i były utrzymywane, nawet jeśli są prywatne.
I tu dochodzimy do paradoksu.
Państwo mówi jedno, a praktyka administracyjna robi drugie
Z jednej strony mamy przepisy, które zakładają, że prywatne nieruchomości i infrastruktura mogą być wykorzystane w razie potrzeby. Z drugiej strony mamy praktykę, w której inwestowanie w infrastrukturę lotniczą potrafi się skończyć tak, że człowiek zostaje z poczuciem: „nigdy więcej, szkoda życia”.
I to nie jest hipotetyczny problem.
Przykład: EVAIR/Roszczep
Sprawa lądowiska EVAIR/Roszczep (głośna w ostatnich tygodniach jako przykład) pokazała, jak szybko dyskusja o lokalnej infrastrukturze lotniczej potrafi przeskoczyć z poziomu faktów na poziom emocji i polityki.
W czerwcu 2025 r. temat lądowiska trafił na posiedzenie sejmowej Podkomisji stałej ds. lotnictwa cywilnego. W trakcie posiedzenia słuchało się głównie lokalnych głosów protestu i politycznych wstawek, a z ust przedstawicieli administracji padały zapowiedzi zakończenia postępowania. To tworzyło wrażenie, że kierunek rozstrzygnięcia ma być „domknięciem” tematu, a nie wynikiem chłodnej analizy.
Niedługo potem pojawiła się decyzja Prezesa ULC skutkująca zamknięciem lądowiska.
Nie wchodzę tu w szczegóły dowodowe (to jest materiał na osobny tekst), ale w kontekście dzisiejszego tematu ważny jest mechanizm: jeżeli takie sprawy są rozstrzygane w atmosferze presji i „spektaklu”, to cały rynek dostaje jasny sygnał – nie warto inwestować w lądowiska.
A to oznacza dokładnie to, czego państwo powinno unikać: znikanie infrastruktury, której nie da się szybko odtworzyć.
Zamknięte lądowisko to nie „spokój”, tylko ubytek zdolności
Czasem administracja i lokalna polityka sprzedają zamknięcie lądowiska jako „rozwiązanie problemu”. Tyle że z perspektywy państwa to jest po prostu utrata konkretnej zdolności.
Jeśli w ustawach zakłada się możliwość wykorzystania prywatnych nieruchomości na cele wojskowe, to trudno jednocześnie traktować lądowiska jak kłopot, który najlepiej „zlikwidować”.
Bo w chwili, gdy naprawdę będą potrzebne:
nie da się ich „zamówić” w tydzień,
nie da się ich „odkopać” z decyzji administracyjnej,
nie da się nadrobić lat inwestycji i utrzymania.
Wniosek
Nie trzeba być wojskowym strategiem, żeby to zobaczyć. Jeżeli państwo chce odporności, to powinno:
utrzymywać przewidywalne reguły dla infrastruktury lotniczej,
nie wypychać inwestorów i operatorów z rynku,
przestać udawać, że lądowiska są „czyimś hobby”, skoro prawo traktuje nieruchomości jako realne zaplecze.
Podstawa prawna:
Możliwość korzystania przez wojsko z prywatnych nieruchomości wynika wprost z art. 62 i następnych ustawy z dnia 22 czerwca 1995 r. o zakwaterowaniu Sił Zbrojnych Rzeczypospolitej Polskiej. Przepisy te przewidują czasowe zajęcie nieruchomości należących do osób fizycznych i prawnych m.in. w celu rozmieszczenia jednostek wojskowych, zakwaterowania żołnierzy i pracowników wojska oraz magazynowania sprzętu i środków materiałowych. Ustawa nie wyłącza infrastruktury lotniczej – lądowiska i tereny okołolotniskowe mieszczą się w tej kategorii jako nieruchomości mogące stanowić zaplecze operacyjne i logistyczne.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz