Jest taki paradoks, o którym prawie nikt nie mówi głośno, bo psuje wygodne narracje.
Z jednej strony państwo buduje przekaz: bezpieczeństwo, odporność, obronność, przygotowanie na kryzysy. Z drugiej strony – gdy obywatel kupuje coś, co realnie zwiększa zasób sprzętu i kompetencji w kraju (np. drona, samolot ultralekki, śmigłowiec, nawet porządny osprzęt), to system administracyjny potrafi go potraktować jak kogoś, kto „kombinuje” i trzeba mu natychmiast przykręcić śrubę.
A przecież to się nie trzyma kupy.
Prawo wprost zakłada, że państwo może skorzystać z tego, co masz
W ustawie o obronie Ojczyzny jest jasna konstrukcja: świadczenia rzeczowe. W normalnym języku: państwo może w określonych sytuacjach nałożyć obowiązek oddania do używania rzeczy ruchomych na cele obronne. Rzecz ruchoma to nie tylko samochód. To także samolot, śmigłowiec i dron (BSP). Kropka.
Czyli państwo zakłada, że cywilne zasoby mogą być w razie potrzeby „przełączone” na potrzeby obronne albo kryzysowe. I to ma sens. Współczesne konflikty i sytuacje kryzysowe nie wyglądają tak, że wszystko da się zrobić wyłącznie sprzętem „z magazynu wojskowego”.
Jeśli w kraju jest dużo prywatnych BSP, dużo ludzi, którzy umieją nimi latać, dużo firm serwisujących i modernizujących – to jest realna przewaga. To jest właśnie odporność.
W nowoczesnym świecie liczy się rozproszenie
Państwo odporne to nie tylko państwo z wielką bazą i paroma super-drogimi zabawkami. Odporność to także:
dużo sprzętu w wielu rękach,
dużo operatorów,
łatwość serwisu i części,
rynek, który działa bez łaski urzędnika.
W skrócie: jeśli drony są powszechne, a ludzie umieją nimi latać – państwo ma większą zdolność reakcji. Jeśli GA żyje, szkoli, lata, rozwija kompetencje – państwo ma większą rezerwę ludzi i sprzętu. To nie jest teoria. To jest praktyka.
A teraz spójrzmy na polską rzeczywistość regulacyjną
I tu wchodzi ULC. Cały na biało. Z przepisami, interpretacjami, „stanowiskami”, wytycznymi i atmosferą, że lotnictwo cywilne jest podejrzane z definicji.
Efekt nie jest subtelny:
mniej ludzi chce się w to bawić,
mniej firm wchodzi na rynek,
część rzeczy jest blokowana „administracyjnie”,
rosną koszty i ryzyko prawne,
rośnie uznaniowość.
Czyli dokładnie to, co zmniejsza liczbę statków powietrznych, operatorów i kompetencji w kraju. A więc – niezależnie od intencji – osłabia potencjał obronny.
Najlepsze jest to, że państwo robi to samo sobie
Państwo mówi w skrócie:
„potrzebujemy odporności”
„potrzebujemy zdolności reagowania”
„w razie potrzeby możemy korzystać z zasobów cywilnych”
…a jednocześnie toleruje (albo produkuje) system, który sprawia, że tych zasobów jest mniej, są droższe, trudniejsze w utrzymaniu i obarczone większym ryzykiem.
To jest systemowa sprzeczność.
Wniosek jest banalny, ale nikt go nie lubi
Jeżeli państwo chce być odporne, to powinno robić dwie rzeczy równolegle:
Utrzymać sensowne standardy bezpieczeństwa (nikt rozsądny nie kwestionuje sensu nadzoru).
Nie dławić rynku GA i BSP, bo to jest zasób dual-use: cywilny i potencjalnie obronny.
Tymczasem w Polsce często wygląda to tak, jakby administracja miała cel sam w sobie: „żeby nie latali”, „żeby było mniej”, „żeby nie było komu tego robić”.
A potem zdziwienie, że nie ma ludzi, nie ma sprzętu, nie ma rynku, nie ma kompetencji. To nie jest „tylko na wojnę” — przepisy przewidują to również w czasie pokoju, na etapie przygotowań, oczywiście w trybie decyzji administracyjnej i z zasadami wynagrodzenia/odszkodowania oraz zwrotu po zakończeniu potrzeby.
Kupowanie statków powietrznych (i uczenie się ich używania) naprawdę zwiększa potencjał państwa. Tylko państwo musi przestać udawać, że to mu przeszkadza.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarz